Przymierzałam moją najlepszą małą czarną i zastanawiałam się, czy jest odpowiednia na romantyczne wyjście z własnym mężem do supermodnej restauracji, kiedy w drzwiach stanął Adam i z błyskiem w oku, który zawsze kojarzył mi się z lekkim szaleństwem, powiedział, nie patrząc na mnie, tylko na klamkę od drzwi.
– Olu... musimy odłożyć tę naszą rocznicę.
Zatkało mnie, ale postanowiłam nie dać się nabrać .
– Adam, wiesz, że nie śmieszą mnie takie żarty.
Adam zwinął w trąbkę sportową gazetę i tłumaczył klamce od drzwi, że nie skojarzył jakiegoś tam terminu i że dzisiaj nie może.
– Naprawdę chcesz przełożyć NASZĄ rocznicę?
– Yhmm.
– Ktoś umarł czy jesteś obłożnie chory?
– Olu, po prostu nie mogę iść. Jest mecz.
Zastygłam z wieszakami w ręce i zastanawiałam się, czy ja się przesłyszałam, czy Adam rzeczywiście powiedział TO słowo: „MECZ”?
Odliczyłam w duchu do dziesięciu, żeby nie wybuchnąć od razu, ale niestety Adam wziął moje milczenie za wahanie, a co gorsza za cichą zgodę, i zaczął mi tłumaczyć, dlaczego ten akurat mecz jest taki ważny. Liczenie w duchu pomogło, bo wciąż milczałam, ale Adam, korzystając z okazji, tłumaczył mi (jakbym kiedykolwiek chciała to wiedzieć) zasady przechodzenia z jednej ligi do drugiej i o co chodzi z punktacją zespołów oraz jak to się zmienia na wyjeździe. Kiedy już doszłam do 100 i chciałam coś powiedzieć, Adam zerknął w stronę telewizora i powstrzymał mnie gestem.
– Zaczekaj... zaczynają się wiadomości sportowe.
Popatrzyłam na siebie w lustrze jak na durną. Przymierzam najlepszą sukienkę podniecona jak głupia wyjściem na kolację z własnym mężem, a on zastanawia się, jak by się tu z tego wykręcić.
Furia podchodziła mi powoli do gardła, ale postanowiłam, że się nie dam. Bez słowa, na wdechu, dopięłam z boku zamek małej czarnej, bez słowa włożyłam czarne szpilki, bez słowa zrobiłam makijaż. Wciąż bez słowa wyszłam z domu i ruszyłam przed siebie wściekłym, ale pewnym krokiem. Tylko przez moment zastanawiałam się, czy Adam zauważył moje zniknięcie, czy zadzwonił do Ryśka i razem analizują rozstawienie zawodników w tym ważnym meczu.
– Dlaczego faceci nie używają szarych komórek? – zastanawiałam się w duchu.
Miałam ochotę napisać poradnik dla żonatych facetów, którzy nie zdają sobie sprawy, jacy są wkurzający. Niestety żaden mężczyzna nie splami swojego honoru, korzystając z poradników. A szkoda, bo pierwsza i fundamentalna zasada, którą powinien przyswoić sobie każdy żonaty mężczyzna, jest taka, że nigdy i pod żadnym pozorem nie powinien wyraźnie dać swojej żonie do zrozumienia, że hobby jest od niej ważniejsze. W przeciwnym wypadku żona, tak jak ja tamtego popołudnia, zdruzgotana taką wiedzą spaceruje po mieście w wysokich, czarnych szpilkach i zastanawia się, co zrobić z resztą swojego życia. A jest to pytanie niebezpieczne! Niebezpieczne nie tylko dla męża czy żony, ale dla wszystkich osób występujących w danej sztuce.
Nie miałam planu, co dalej, ale było ciepłe, późne popołudnie. Dzieci na cały weekend pojechały do rodziców Adama, do ich małego domku w lesie... a ja od dawna nie czułam się tak wolna.
– Też mi tragedia! – usłyszałam ostry głos Nataszy, kiedy zadzwoniłam do niej po pocieszenie. – Gdzie jesteś? Może pójdziesz ze mną na bankiet, zamiast się zamartwiać?
– Bankiet? – udałam, że się zastanawiam, ale w duchu piszczałam z radości. Tak, bankiet! – To było słowo klucz na ten wieczór!
– Masz przecież kota! Powiem, że przygotowałaś ankiety na zlecenie naszej gazety albo będziesz robić za głos z ludu.
Nie rozumiałam, co miałabym robić, ale postanowiłam nie dopytywać się za bardzo. Rozdrażniona pytaniami Natasza jeszcze gotowa się rozmyślić i na bankiet zabierze niechętnego, ale bezbronnego Sebastiana. O nie! Wolałam nie ryzykować. Już po kwadransie stałam w eleganckim tłumie w jednym z warszawskich hoteli na imprezie charytatywnej pod hasłem „Buty dla kota”. Natasza intensywnie wypatrywała kogoś w tłumie, równocześnie próbując mi tłumaczyć, że w tej zadymie chodzi o to, żeby zachęcić ludzi do opieki nad bezdomnymi kotami.
– Witamy szanownych gości... przyjaciół wszystkich kotów – zahuczał mikrofon i zaczęły się przemowy.
– Alkohole są w głębi na prawo, powoli się tam przesuwamy. Powiedziałam: „powoli” – wycedziła przez zęby Natasza i popchnęła mnie zdecydowanym gestem w tamtym kierunku.
– „Buty dla kota” – to hasło nawiązujące do baśni Charles’a Perraulta, mam nadzieję, że wciąż budzi naszą dziecięcą wrażliwość – ciągnęła cieplutko gospodyni wieczoru.
– Nie gap się tak na wszystkich i zamknij buzię – szturchnęła mnie Natasza, chyba rzeczywiście rozglądałam się oniemiała, widząc same znane twarze.
– Jeśli zadbasz o potrzeby swoich mruczących i puchatych przyjaciół, dostaniesz za to nagrodę. To piękne i jakże proste przesłanie zainspirowało nas do całej akcji.
– Zostaw tego szampana, idziemy po drinki – znów wycedziła Natasza i prawie wykręciła mi rękę, którą wyciągnęłam w kierunku kelnera ze srebrną tacą pełną kieliszków.
– Pomagając innym, pomagasz tak naprawdę sobie – usłyszałam głos znanej aktorki.
– Przesuń się... szybciej, zaraz wszyscy ruszą do szwedzkiego stołu.
– Z przyjemnością oddam na aukcję moją złotą płytę za jednego z tych bezdomnych kociaków – prawie zaśpiewał znany piosenkarz.
Na scenie w wielkim koszu kręciło się, przeciągało albo spało kilkanaście małych, puchatych kociąt.
– Mam wrażenie, że mój kot czasami czuje się samotny, przyszłam tutaj wybrać jakieś miłe towarzystwo dla niego – powiedziała znana propagatorka zdrowej kuchni i też pochyliła się nad wielkim koszem.
Ech! Zapatrzyłam się na kociaki.
– Teraz w lewo – ostro zasyczała mi do ucha Natasza.
Zaczęłam rozumieć Sebastiana, który przy Nataszy nigdy nie ma swojego zdania, przy niej nie opłaca się stawiać na swoim. Jej błyskawiczna akcja zamawiania drinków i równoczesny marsz w kierunku szwedzkiego stołu przekonały mnie, że Nataszy po prostu należy się trzymać. Orientację w terenie ma lepszą niż niejeden dziki kot, przewiduje zagrożenie, wyczuwa potencjalnych drapieżników, ma niesamowity węch do zasadzek (jak np. ślepy korytarz w hotelu) i opanowała zwinność bywalczyni bankietów, zawsze wie, gdzie jest właściwe miejsce, poza tym ma pewność siebie, którą trudno przecenić.
– Plan A wykonany, uwielbiam koreczki krabowe – westchnęła Natasza, kiedy stałyśmy na luzie z talerzykami pełnymi pyszności, których nie potrafiłam nawet nazwać i obserwowałyśmy bezpardonową walkę wręcz przy ogołoconych jak po przejściu stada szarańczy stołach.
– A jaki jest plan B? – spytałam, kątem oka obserwując, jak jedna znana twarz drugiej znanej twarzy depcze buty, ponieważ ta pierwsza znana twarz rozpychała się wcześniej łokciami, ale stojąc do siebie twarzą w twarz, znane twarze uśmiechały się do siebie jak cud-twarze z reklamy.
– Plan B to znaleźć mojego szefa i trochę się mu podlizać. Na bankietach jest nieśmiały i bezradny jak dziecko... to najlepszy moment, żeby zdobyć dodatkowe punkty.
Nie mogłam oderwać oczu od znanych twarzy.
– Byłam wściekła, kiedy mój mąż wybrał mecz zamiast kolacji ze mną, ale już mi przeszło, tu też jest świetna zabawa – powiedziałam, szturchając Nataszę w bok.
– No i mamy niezłe miejsca – usłyszałam tuż nad swoją głową zamiast piskliwego głosu Nataszy męski, ciepły i aksamitny głos. Nie był to po prostu męski głos. Znałam ten głos i z całą pewnością nie należał do mojego męża. Natasza zniknęła jak jakaś wróżka z bajki, a obok mnie stał Konrad.
Zatkało mnie, otworzyłam usta ze zdziwienia i przez dobrą chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa, a Konrad uśmiechnął się i powiedział, że nic a nic się nie zmieniłam. Poczułam, że wpadam w lekką panikę i trudno mi oddychać, ale postanowiłam stawić czoło sytuacji. Udając obojętność, zadałam mu kilka pytań typu: „O! Konrad, co za spotkanie, co tutaj robisz?”, ale nie słuchałam odpowiedzi, tylko analizowałam sytuację.
– Nie denerwuj się. Nie jest źle! – pomyślałam.
Konrad co prawda mnie zaskoczył, ale przecież nie nakrył mnie na patroszeniu węgorzy czy na objadaniu się batonikami w czekoladzie w zacisznym kącie supermarketu, tylko na przyjęciu charytatywnym, mogę więc śmiało udawać, że jestem światową kobietą, chodzę na różne bankiety itd. A jednak przydało się moje strojenie i malowanie na romantyczny wieczór, lustereczko powiedziało mi w domu, że wyglądam super, więc o co chodzi. Już po chwili poczułam się lepiej i pewniej.
– Ciekawy pomysł na akcję charytatywną – powiedziałam, udając prawie chłodny ton.
– Nie rozumiem? – pochylił się w moją stronę Konrad, jakby nie dosłyszał, ale chodziło mu chyba o to, żeby stanąć jeszcze bliżej mnie.
– To hasło: „Buty dla kota”... – jąkałam – ...w dzieciństwie uwielbiałam baśnie.
– Ja też i muszę przyznać, że „Kot w butach” to moja ulubiona bajka, słuchałem jej bez końca. Teraz, gdybym próbował odgadnąć co mnie w niej tak fascynowało, to chyba zawierzenie intuicji. Oczywiście wtedy nie rozumiałem tego... ale musiało to być dla mnie bardzo ważne.
– Intuicji? – bąknęłam.
– Młynarczyk był najmłodszym z braci, prawda? W spadku po ojcu dostał tylko buty i kota i ruszył w świat. Ktoś inny by się załamał, ale Młynarczyk nakarmił kota, to w baśniach znaczy, że miał dobre serce, a potem dał kotu swoje buty, które symbolizują ojcowiznę, inaczej mądrość przodków...
– „A mnie, choć będę boso, nogi i tak poniosą” – zacytowałam jak Zuzia w przedszkolu kawałek bajki.
– No właśnie! Młynarczyk był skromny, nie wierzył za bardzo w siebie, ale kiedy prowadzenie w życiu objęła jego intuicja, czyli kot... wyszedł na tym świetnie. Kot załatwił mu nie dość, że królestwo, to jeszcze przepiękną królewnę.
Milczeliśmy dłuższą chwilę, a Konrad patrzył na mnie tak, jak już dawno Adam niestety nie patrzy.
– Olu?
– Tak?
– A co mówi w tej chwili twoja intuicja?
Cisza. Wolałam nie odpowiadać na podchwytliwe pytania byłego narzeczonego... wolałabym zmienić temat na jakiś bardziej bezpieczny, ale Konrad ciągnął dalej.
– Bo moja intuicja porwałaby cię stąd w jakieś inne spokojniejsze miejsce. Usłyszałem niechcący, że nie wyszła dzisiejsza kolacja... może mógłbym to jakoś naprawić?
– To nie fair... – powiedziałam zaskakująco ostro – podsłuchałeś, kiedy mówiłam do Nataszy o mojej prywatnej sprawie.
– Olu... – przerwał Konrad – nic nie wiem o twoim mężu, ale gdyby był moim kumplem, to powiedziałbym mu, że jest idiotą, skoro odpuszcza okazję patrzenia ci w oczy przez cały wieczór – czarował Konrad. – Ja... odkąd w marcu spotkaliśmy się nad morzem, po tych wszystkich latach... po prostu marzę o wieczorze z tobą.
Zauważyłam, że głos rozsądku w mojej głowie jest coraz słabszy i sugeruje mi, że może powinnam, tak na wszelki wypadek, dla bezpieczeństwa poszukać Nataszy.
– Tu niedaleko jest taka urocza włoska restauracja... i mają tam naprawdę przedni wybór win. Jest jeszcze wcześnie, musimy uczcić nasze spotkanie... to jak, Olu? Idziemy? Mamy przecież co wspominać!
O Boże! To istny diabeł! – pomyślałam i pewnie popłynęłabym za nim jak niewinna duszyczka za światłem, ale przyszedł mi do głowy inny... iście szatański pomysł.
Cdn.
Zapraszamy do przeczytania kolejnego odcinka już 29 września.