Co roku jest to samo. Pytam Adama, kiedy będzie mógł wziąć urlop, wtedy mój mąż pyta po co. Ja mówię, że dzieci i ja chcemy pojechać na wakacje, wtedy Adam mruczy „...aaa wakacje”, jakby przypomniał sobie, że rzeczywiście coś takiego występuje w przyrodzie, potem mówi, że nie wie, czy w tym roku w ogóle będzie mógł wyjechać, bo musi skończyć jakiś ważny projekt (co roku jest ważniejszy, bardziej skomplikowany albo superprestiżowy), wtedy ja wrzeszczę, że poświęca dzieciom zbyt mało czasu i tego nie da się nadrobić kiedyś potem. Adam broni się, mówiąc, że przecież zajmuje się dziećmi, i podaje przykład koszykówki z Szymonem i jakiegoś kina z Zuzią dwa miesiące temu, w którym zresztą zasnął... i właśnie to jest jego błąd taktyczny, bo ja wtedy wykładam całego fula na stół, że dzieci potrzebują ojca na cały etat, że jeśli teraz nie poświęci im więcej uwagi, to w ich psychice zajdą nieodwracalne zmiany, że godzina w niedzielę nie wystarczy itd. Po moim kontrolowanym wybuchu Adam nie ma szans, mięknie i mogę w nim lepić jak w ciepłej plastelinie.
– Dobrze, dobrze, Olu... jutro zapytam w pracy.
Adam zawsze mówi, że zapyta w pracy, a ja udaję, że się cieszę, że postawiłam na swoim, ale wcale nie czekam z niecierpliwością, czy coś załatwi w pracy, bo już w marcu ustaliłam z panią Czesią w kadrach, że Adam bierze urlop 20 lipca.
– Dostałem urlop od 20 lipca – mówi przy kolacji Adam.
– To świetnie – mówię i proszę, żeby poszukał jakichś ciekawych ofert w internecie.
– Jakiś miły pensjonat nad morzem, z domowym jedzeniem... – rzucam niby mimochodem, zmywając naczynia – koniecznie w cichej okolicy, a nie przy głównej nadmorskiej ulicy, która w lipcu przypomina jarmark... no i żeby były alejki do jazdy na rowerze... aha, i ze stołem do ping-ponga... powinieneś nauczyć Szymona grać w ping-ponga... no i jakiś plac zabaw dla Zuzi... sosnowy las w okolicy...
Adam posłusznie siada i jakąś godzinę czy dwie szpera w internecie.
Wieczorem, kiedy wspólnie („Och! No proszę, co za szczęśliwy zbieg okoliczności”) znajdujemy pensjonat dokładnie taki jak trzeba: nad morzem, w sosnowym lesie, w cichej okolicy z wypożyczalnią rowerów i stołem do ping-ponga, boiskiem do koszykówki i możliwością wypłynięcia kutrem rybackim na pełne morze na połów dorsza... Adam wydaje się być całkiem zadowolony. Zdjęcia pensjonatu są zachęcające, okolica malownicza. Teraz następuje ostatni etap kompletowania ekipy na wakacje. Adam skanuje w swojej głowie wszystkie możliwości wypoczynku i relaksu nad morzem i jedynym poważnym zagrożeniem poza niepewną pogodą wydaję się być ja. Będę chciała opalać się dłużej niż on (fakt), jeździć na rowerze krócej niż on (raczej tak), a na pełne morze pewnie nie wypłynę, wykręcając się chorobą morską (co prawda to prawda).
Po dwóch dniach Adam zagaduje niby od niechcenia, co ja na to, żebyśmy zadzwonili do Michałów, czyli brata Adama i jego żony Marysi, i spytali, czy nie wybraliby się z nami nad morze.
– Świetny pomysł, kochanie, dzieci ich uwielbiają – mówię i słyszę, jak po chwili Adam wystukuje numer Michała i namawia go na wyjazd.
– W okolicy są kutry rybackie, możemy wypłynąć na pełne morze na połów... w czasie kiedy dziewczyny zalegną na leżakach na plaży.
– Co powiedział? – spytałam, udając ciekawość.
– Powiedział, że porozmawia z Marysią i zorientuje się w pracy.
Wszystko to dzieje się na początku czerwca, bo rozmowa z mężczyznami o wakacjach, którzy, jak wiadomo, nie grzeszą wyobraźnią, wczesną wiosną czy zimą nie ma sensu. Nam z Marysią wystarczyła jedna nauczka cztery lata temu, kiedy to załatwiałyśmy wyjazd nad polskie morze na początku lipca i wylądowałyśmy w wielkim ośrodku-molochu z codziennymi hucznymi wieczorkami zapoznawczymi do pierwszej trzydzieści w nocy, zielonymi ziemniaczkami na obiad i jedną skrzypiącą huśtawką na placu zabaw.
Krótko mówiąc, miejsca w nadmorskim pensjonacie „Róża Wiatrów” w apartamentach z widokiem na morze zarezerwowałyśmy już w marcu. W zeszłym roku zrobiłyśmy z Marysią ten sam numer. Tylko wtedy to Michał namawiał Adama na wspólny wyjazd, i nie nad morze, tylko w góry, ale zasady się sprawdziły i na razie nie będziemy ich zmieniać.
Całe to przedstawienie, żeby nasi mężczyźni myśleli, że mają jedyny i fundamentalny wpływ na wszystkie ważne decyzje w naszej rodzinie, ma bardzo głęboki sens i zrozumie go tylko ten, kto wyjeżdżał na wakacje z pracoholikiem. Adam, kiedy już zanotuje w głowie, że 19 lipca jest deadline na oddanie projektu, spręży się i kosztem niedospanych nocy i niekibicowania niektórym spotkaniom piłkarskim skończy projekt na czas, żeby móc pojechać na zaplanowane PRZEZ SIEBIE wakacje. W wersji gdyby wakacje nie były skomponowane PRZEZ NIEGO, Adam gdzieś tak koło 9 lipca z wściekłością i z podkrążonymi oczami rozejrzałby się dokoła i szukał winnego tego stanu rzeczy. W dziewięciu przypadkach na dziesięć byłabym to ja. To ja byłabym winna: a to, że projekt utknął w martwym punkcie, że podwykonawcy się spóźniają, że on jest zmęczony i że nie jest tak, jak sobie wyobraził itd.
W tym roku jest tak jak zwykle, Adam kończy projekt w dzień wyjazdu, jest wykończony, więc mówi, że musi przed podróżą chociaż dwie godziny się zdrzemnąć, ja się nie denerwuję, bo jestem na to przygotowana. Z Szymonem i Zuzią spakowaliśmy już cały samochód, włącznie z zapasowymi strojami kąpielowymi i podwójnym kompletem plastikowych szufelek na plażę, samochód jest po przeglądzie, zatankowany, gumowy ponton załatany, a w plastikowej lodówce podróżnej chłodzą się niegazowane napoje i kanapki na drogę.
– Dobrze, kochanie – mówię spokojnie i dopiero po chwili dodaję – tylko szkoda, bo umówiliśmy się z Michałami i jeszcze dzisiaj zrobimy ognisko, ale to nieważne.
– Muszę się przespać – upiera się, i słusznie, Adam, ale wieczorne ognisko, ja to wiem, już zaiskrzyło w jego głowie.
– OK – znowu się zgadzam, co normalnie zaniepokoiłoby Adama, ale teraz mój mąż ma osłabioną czujność, bo resztki energii, jaka mu została, przeznaczył na podtrzymywanie podstawowych funkcji życiowych, a spekulacje: „Zaraz... co ona znowu kombinuje”, zostawił na czas lepszego samopoczucia. I słusznie.
– Chyba że... – zaczyna Adam, ale nie kończy, tylko zasypia w połowie zdania, tak jakby działał na prąd i akurat trafił na przerwę w dostawie.
I tu muszę wyjaśnić zasadę samochodową, która obowiązuje w naszym domu. Adam, jak chyba każdy prawdziwy facet, denerwuje się, kiedy siedzi obok kierowcy, siedzenie obok kierowcy jest niegodne, po prostu ubliża prawdziwemu facetowi, a jeszcze kiedy tym kierowcą jest kobieta i, nie daj Boże, jego żona, to uwag, które jak piasek zgrzytają mu między zębami, po prostu nie jest w stanie powstrzymać. Aby uniknąć niepotrzebnych kłótni, każde małżeństwo po latach dorabia się listy zasad, według których coraz lepiej funkcjonuje. Jedna z tych niepisanych umów między nami dotyczy samochodu i jest podobna do napisów na tabliczkach przykręconych w autobusach miejskich typu: „Drzwi otwiera kierowca”. Nasza zasada brzmi: „Samochód prowadzi Adam”.
– Wiesz co... – robię wstęp do złamania tej zasady – to może ja poprowadzę przez pierwszą godzinkę czy dwie, a ty się prześpisz.
– Dobrze – zgadza się Adam, co utwierdza mnie w przekonaniu, że nie słyszał całego zdania i zareagował jedynie na końcówkę: „... a ty się prześpisz” .
Potem jest już według planu. Dzieci na dany znak meldują się w samochodzie, rozkładamy wygodnie siedzenie obok kierowcy, przyprowadzamy drzemiącego Adama, który wsiada bez sprzeciwu, wsiada tak jak stoi – w klapkach, T-shircie, nieogolony, za to obowiązkowo w okularach przeciwsłonecznych. Zapinamy go pasami, ja sprawdzam cały dom, zakręcam gaz, wyłączam prąd, klucze zostawiam naszej sąsiadce z chomikiem, czyli pani Steni, która zobowiązała się dbać o nasze kwiatki na balkonie. Na koniec w samochodzie włączamy płytę z książką do słuchania wybraną drogą długich dyskusji, losowania, a na końcu i przekupstwa. W tym roku boje toczyły się między „Nasza mama czarodziejka” a „W pustyni i w puszczy”. Wygrał Sienkiewicz, czyli Szymon, co przyjęłam z radością, Zuzia zresztą też.
Po dwóch godzinach jazdy ze śpiącym Adamem na siedzeniu obok kierowcy zaczyna się najlepsze, czyli zabawa w Karlssona. Nazwa wzięła się oczywiście od bajeczki „Karlsson z dachu” Astrid Lindgren, a dokładnie od fragmentu kiedy to Karlsson postanawia zabrać Malucha na spacer po dachach. Lecą nad dachami, jest fajnie, aż tu Karlsson zatrzymuje się zdenerwowany i od razu chce wracać, wrzeszcząc „Ależ Maluchu, nie wzięliśmy cynamonowych bułeczek”, Maluch od razu pokazuje papierową torebkę „Mam, Karlssonie, mam!”, po chwili jest to samo z tortem i cukierkami.
– Ola... zaraz... zaraz... gdzie my jesteśmy? Co się dzieje? – pyta Adam wyrwany ze snu jakimś niepokojem.
– Jedziemy nad morze. Ale ty śpij. Wszystko jest w porządku.
Adam posłusznie zasypia.
– Ola, Ola... zamknęłaś dom? Wzięłaś wszystkie dokumenty?
– Zabrałam – odpowiadam, a Adam i tak nie słyszy, bo już śpi.
– Ola... zabrałaś mój strój do nurkowania? – mruczy po chwili.
– Zabrałam.
I tak to się ciągnie przez pół drogi. „Olu, czy zabrałaś? Zabrałam, Karlssonie, śpij”...
Dojeżdżaliśmy właśnie do Torunia i słuchaliśmy akurat fragmentu, kiedy Staś Tarkowski zobaczył, jak Nel bawi się z dzikim słoniem, gdy nagle, zupełnie jakbym do tej pory spała, przypomniałam sobie o naszym cudownym kocie.
– O Boże! A Gustaw! Zostawiłam Gustawa!
Gustawa nie miałam w głowie przy planie wyjazdu, ponieważ jeszcze do wczoraj myślałam, że zaopiekuje się nim Patrycja. Nie widziałam go zresztą dzisiaj rano. Kompletnie wypadł mi z głowy. Z bijącym sercem zjechałam na pobocze, zatrzymałam samochód. Pewnie gdzieś zasnął w kącie domu, bo nie lubi wyjazdów, a ja o nim zapomniałam. Wyrzuty sumienia zaczęły jak werbel z orkiestry wojskowej dudnić w mojej głowie.
– Gdzie jest Gustaw? – zastanawiałam się w panice.
Nie chciałam denerwować dzieci, tym bardziej że jadły na tylnym siedzeniu daktyle i orzeszki i całkowicie były w Afryce. Wczoraj Patrycja odmówiła nam opieki nad Gustawem, mówiąc, że sama gdzieś wyjeżdża. Jak mogłam o nim zapomnieć? Wracać czy nie? Pewnie pani Stenia mogłaby go dokarmiać przez dzień czy dwa, ale przez dwa tygodnie Gustaw oszaleje z samotności!
– Dlaczego stoimy? – obudził się nagle kompletnie wyspany i wypoczęty Adam. – Która godzina? Olu... masz jakieś kanapki? A kawę? Gdzie jesteśmy? Teraz trzeba skręcić w lewo na obwodnicę, tamtędy wjedziemy do miasta i staniemy w korku.
– Zawaliłam – powiedziałam cicho – Nie wzięłam Gustawa. Powinniśmy po niego wrócić.
– Zwariowałaś? Gustawa wzięła dzisiaj z samego rana Patrycja. Jej wyjazd nie wypalił, więc powiedziała, że z przyjemnością pożyczy naszego kota. Dzieci pożegnały go czule.
Dłuższą chwilę siedziałam w ciszy.
– Chyba byłaś wtedy w sklepie czy coś. Zapomniałem ci powiedzieć.
– Zapomniałeś? Specjalnie mi nie powiedziałeś! – rzuciłam się na niego i chciałam go udusić.
– Nie, nie zrobiłem tego specjalnie... ale... – tu Adam zrobił minę rewolwerowca – wreszcie mam na ciebie haka. Nie jesteś wcale tak superzorganizowana.
Adam przez całe wakacje miał świetny humor, znęcał się nade mną przy każdej sposobności, mówił np. przy budce z lodami:
– Pamiętasz, Olu, że mamy dzieci? I to dwoje... Szymon i Zuzia... przypominam ci, bo różne rzeczy wylatują człowiekowi z głowy. Przeliczmy jeszcze raz, czy wszyscy są? Tak na wszelki wypadek. No już, ustawcie się... mama sprawdzi, czy jesteśmy w komplecie.
Zapraszamy do przeczytania kolejnego odcinka już 2 sierpnia.