Majowe weekendy mają to do siebie, że czasami jest gorąco tak jak w pełni lata, jednak prawie zawsze wędzimy się w mieście, przez to że dzieci wciąż chodzą do szkoły i przedszkola, a Adam część soboty i tak spędza w pracy.
Byłam więc naprawdę mile zaskoczona, kiedy Adam zakomunikował mi któregoś dnia, że Andrzej, kolega z pracy, ma domek za miastem i że nas zaprasza.
– Czy ten domek jest nad wodą? – spytał od razu Szymon.
– Nie wiem... ale Andrzej mówił, że będą tam dzieci mniej więcej w waszym wieku.
– Musimy jechać? – spytała Zuzia – Wolę iść na basen.
– Myślałem, że to będzie przyjemność, wyjazd całą rodziną, gry na świeżym powietrzu, obiad z grilla. Ola... czy ja się przesłyszałem, one grymaszą?!
– Nie zostawimy przecież samego Gustawa – dalej kombinowała Zuzia.
– Akurat w tym tygodniu umówiłem się z chłopakami.
Nie bacząc na protesty nieletnich, wyruszyliśmy z samego rana, bo domek za miastem okazał się domkiem na wsi (jeszcze lepiej) i oznaczało to przejażdżkę ok. 150 km. Nie szkodzi!
Wstaliśmy dość wcześnie rano, ptaki śpiewają, słońce świeci... szybkie śniadanie, pakowanie samochodu, kawa do termosu, Gustaw do koszyka, Zuzia do krzesełka dla dzieci, jedziemy.
Uwielbiam takie wyjazdy... mam wszystko, co kocham w zasięgu wzroku... dzieci, męża, kota, podróż, słońce, wiatr we włosach. Jest bosko! Cztery razy sprawdzałam wczoraj prognozę pogody... zapowiadali: na ogół ciepło, słonecznie i bez opadów... założyłam więc moją ukochaną białą, romantyczną, letnią sukienkę. Jedziemy!
Po drodze mijamy pola żółte i białe... i znowu białe.
– Ciekawe, czy to gryka? – pytam Adama, wskazując biały prostokąt kwitnącego pola.
– Skąd ci przyszła do głowy gryka?
– Bo w „Panu Tadeuszu” tak było. Nie pamiętasz? „Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała...”, jak myślisz, czy to jest gryka?
Adam wzrusza ramionami.
– Nie mam pojęcia, jak wygląda gryka.
– Co to jest gryka? – dopytuje się Zuzia.
– To kasza gryczana... tylko jeszcze zielona, to znaczy biała – wyjaśnia jej Szymon z taką pewnością, że wolimy się nie wtrącać.
– A dzięcielina? – pyta Zuzia.
Po dłuższej chwili ciszy muszę jej wyjaśnić, że tak właściwie to nie wiemy. Czuję się za bardzo miastowa wśród tych pól i łąk. Ależ jest pięknie.
Przyjeżdżamy na miejsce po 11.00. Mieliśmy dotrzeć do celu na 10.00... ale dwa razy się zgubiliśmy, raz facet idący poboczem drogi wprowadził nas w błąd, potem przegapiliśmy skrzyżowanie (nie wiem, jak to możliwe, a jednak), potem Zuzi zachciało się siku i Adam dorwał się do mapy, którą interpretował po swojemu, nie szkodzi... ja i tak byłam na wycieczce... Czy gryka, czy las mnie i tak było dobrze.
Zaczęło się lekko chmurzyć, kiedy wjechaliśmy na podwórko uroczego wiejskiego domu. Andrzej i Helena zeszli z werandy, żeby się z nami przywitać. Byli bardzo uśmiechnięci.
– Już myśleliśmy, że się gdzieś po drodze zgubiliście.
– Bo naprawdę się zgubiliśmy – wydała nas Zuzia.
– Niemożliwe. Tu przecież tak łatwo trafić – Andrzej śmiał się i dawał Adamowi udawane kuksańce w bok, jakby byli bardzo dobrymi kumplami od podstawówki.
– Dzwoniłem do was... bo chciałem się upewnić... – bąkał Adam.
– Tu nie ma zasięgu – wyjaśniła rozpromieniona Helena – dlatego tak lubię tu przyjeżdżać, nikt nam nie przeszkadza.
– Ach, zobaczycie, jak dzieci tu wypoczną. Pół dnia na świeżym powietrzu i będą miały rumieńce i apetyty jak wilki – Helena szczypnęła w policzek Zuzię.
– Jak długo musimy tu być? – spytała cicho Zuzia.
– Do wieczora – też cicho odpowiedziałam.
– Jak macie na imię? Helena nie ustępowała.
– Zuzia – powiedziała Zuzia z lalką pod pachą.
– Szymon – powiedział Szymon, rozwijając latawiec.
Nagle, jak na komendę, zza domu wybiegła chmara dzieci w wieku od lat 6 do 12.
– A oto i reszta... nie wiem tylko, czy aby w komplecie – uśmiechnął się Andrzej.
Dzieci krzyczały i biegały jak szalone, miałam wrażenie, że jest ich strasznie dużo... nie potrafiłam policzyć.
– Piotr i Paweł, mają po 11 lat, to bliźniaki z pierwszego małżeństwa Andrzeja, a Julka z mojego pierwszego... Antoni, najmłodszy... Antoś pokaż się państwu... jest nasz, ma 6 lat – wyjaśniła jednym zdaniem skomplikowaną historię rodzinną Helena, wciąż rozpromieniona.
– A te dwie dziewczynki? – spytał (i słusznie) Adam, wskazując na wymalowane w barwy wojenne dość duże amazonki, zdecydowanie większe i starsze od naszej Zuzi.
– To córeczki naszych sąsiadów...
– Świetne dziewczyny... od małego ćwiczą aikido... i może groźnie wyglądają, ale są naprawdę bardzo miłe – wyjaśniła Helena, tak jak się mówi o zaprzyjaźnionym bulterierze: Potrafi zabić, ale wierz mi, to nasz domowy pieszczoszek.
Z koszyka wystawił łepek Gustaw... i dzieci natychmiast go zauważyły.
– Przywieźliście kota?
– Super!
– Może się pobiją z naszym.
– Mamo... gdzie jest nasz Kiler? – wrzeszczały dzieci.
Jeden z chłopców, Piotr porwał koszyk z naszym Gustawem, a Paweł wyrwał latawiec Szymona, inni pobiegli za nimi.
– Nasz kotek jest bardzo młody, czy oni nic mu nie zrobią? – byłam przerażona, chciałam biec za nimi i ratować.
– Dzieci najlepiej zostawić w ich własnym towarzystwie – powstrzymał mój zapał Andrzej.
– One tu mają prawdziwy raj – szeptała Helena, rozkładając talerze i krojąc ciasto.
Najpierw siedzieliśmy godzinkę na werandzie i piliśmy kawę... a zza domu dochodziły nas odgłosy bitwy, które gospodarze kompletnie ignorowali. Posyłaliśmy sobie z Adamem znaczące spojrzenia: „Jak myślisz, nasze dzieci i kot wciąż jeszcze żyją? – Jeśli jakimś cudem żyją, to na pewno są ranni”... – odpowiadałam też spojrzeniem. Potem kilka razy przez werandę przebiegała z wrzaskiem horda tatarska... Helena na moment przestawała mówić, a Andrzej kiwał głową z uśmiechem: „Ach, te dzieciaki!”.
Potem Adam z Andrzejem zaczęli rozpalać grilla, a ja z Heleną zanurkowałyśmy w krzaki malin i porzeczek. Wciąż miałam wyrzuty sumienia, że nic nie robię... a tuż obok, na tyłach domu torturują nasze dzieci.
Koło obiadu horda tatarska zbliżyła się do nas, to znaczy do grilla (zauważyłam z ulgą, że nasze dzieci są co prawda bardzo brudne, ale żyją), każdy z wojowników porwał upieczone udko kurczaka i ogórki małosolne i znowu wszyscy zniknęli.
Helena opowiadała mi skomplikowaną historię ich miłości, a ja wciąż nadsłuchiwałam.
– Co to za hałas? – przerywałam jej nerwowo, kiedy od huku drżała ziemia.
– Nie przejmuj się, to pewnie któreś spadło z domku na drzewie – mówiła spokojnie Helena i wracała do opowieści.
Pod wieczór byłam kłębkiem nerwów. Poza tym zaczęło wiać i kropić. Zrobiło się zimno, byłam już sina w białej, powiewnej sukience, którą zresztą podarłam w krzakach malin. Z utęsknieniem czekałam wyjazdu, po minie Adama zgadywałam, że też o tym myśli.
– Gustaw złapał mysz! Gustaw złapał mysz! – przybiegła Zuzia.
– O! To ważny moment w życiu waszego kota – powiedziała ze znawstwem tematu Helena – obudził się w nim instynkt.
– Musicie go pochwalić – dodał Andrzej.
– Koty uwielbiają polować... a w mieście nie ma okazji.
– Musicie tu częściej przyjeżdżać – podsumował Andrzej, a nasze dzieci podchwyciły.
– Tak, tak! Koniecznie! Koniecznie!
– Olu... może przyjechałabyś z dziećmi i waszym kotkiem na dwa tygodnie... jesteśmy tu przez cały lipiec – zaproponowała Helena – Byłoby fajnie!
– Tak, tak, koniecznie! – krzyczała cała horda.
Wracaliśmy do domu w strugach deszczu. Dzieci zapytane, jak im się podobało, odpowiedziały „super” i natychmiast zasnęły. Kot zresztą też.
Jechaliśmy z Adamem w ciszy.
– Gdyby przełożyć urlop – powiedzieliśmy z Adamem równocześnie i zaczęliśmy się śmiać. Myśleliśmy dokładnie o tym samym. Adam wie, że nie przeżyłabym dwóch tygodni... ani nawet tygodnia w takich nerwach jak dziś. W lipcu pojedziemy wszyscy nad morze.
Rozpadało się na dobre.
Jechaliśmy przez białe i żółte szachownice pól. Gustaw obudził się i zwinnie przeszedł z tylniego siedzenia do nas.
– No i jak ci się podobała niedziela na wsi? – spytałam czule naszego kota i nagle zaczęłam wrzeszczeć jak opętana. Gustaw trzymał w pysku mysz, którą upolował. Przyniósł mi ją w prezencie i położył na mojej białej, zwiewnej, romantycznej sukience.
Zapraszamy do przeczytania kolejnego odcinka już 7 czerwca.